MOJE WROCŁAWSKIE SZKOŁY PODSTAWOWE
Żeby do szkoły iść…
Żeby do szkoły iść…
Tak, tak jeszcze dziś (3x)
Refren piosenki z lat pięćdziesiątych
Wszystko zaczęło się sierpniową nocą w szpitalu przy pl. Prostokątnym. Był rok 1950. Najpierw urodził
się mój brat Jerzy, a po nim – Stanisław. Matka kresowianka, córka oficera WP, uczestnika I-wojny
światowej i Bitwy Warszawskiej, miała już syna Ryszarda, sybiraczka, powiła nas gdy miała 26 lat.
Ojciec, rodowity częstochowianin, po trudnych przygodach w b. Związku Sowieckim, gdy dowiedział
się, że ma już trzech synów,nie był szczęśliwy. W tym czasie był etatowym pracownikiem ZW ZMP we
Wrocławiu. Często wyjeżdżał w delegacje. W domu bywał tylko w niedzielę. Opieka nad nami spadła
więc na matkę. Początki naszego życia we Wrocławiu były trudne. Nieraz brakowało mleka, spaliśmy w
nieopalanym pokoju, ale mieliśmy wspaniałą matkę i jej siostrę, która miała kilka miesięczną Krysię,
nadmiar mleka dostawałem Ja,Stanisław.
Moja „chrzestna mleczna matka” żyje do dzisiaj. Ma 94 lata, zachowała dobrą kondycję, czyta dużo.
Chyba coś odziedziczyłem po niej. Dużo czytam!
Mieszkaliśmy w domu przy ulicy Reja. Tu mieszkali pracownicy Organizacji Młodzieży Towarzystwa
Uniwersytetu Robotniczego, ludzie światli, związani z PPS.
Z tych lat, pamiętam radiową transmisję pogrzebu B. Bieruta, słuchaliśmy ją u sąsiadów, na I-piętrze u
pp. Majów. Wtenczas nie mieliśmy jeszcze radia. W naszym mieszkaniu, radio usłyszeliśmy, rok później,
pierwszą audycję pamiętam, do dzisiaj. Studio 202.
I 1 września 1957 r. matka zaprowadziła nas do szkoły. Poniemiecki budynek, dawnej szkoły ludowej,
robił wrażenie. Wtenczas były tam dwie szkoły: 54 i 61. Dlaczego tak było, nie wiem.
Wszyscy „pierwszaki” spotkali się w sali gimnastycznej, gdzie przydzielono nas z bratem Jerzym do
klasy 1d. Nawet nie pamiętam, na którym była piętrze!
Dookoła szkoły, były gruzy, tylko ul. Grunwaldzka miała całe domy. Dopiero w 1962 r. uprzątnięto
teren i wybudowano boisko szkole. Pamiętam uroczyste otwarcie i pokaz gimnastyczny. Transmitowało
to wydarzenie Polskie Radio Wrocław, a reporterem był Feliks Kostyra. Słuchało się potem wieczorem w
domu. To było wydarzenie roku, dla nas.
Razem, z moim bratem bliźniakiem Jerzym, chodziliśmy razem do jednej klasy, aż do siódmej klasy. Ale
nigdy nie siedzieliśmy w jednej ławce. Trzymaliśmy „szkolną sztamę” ale każdy miał inne
zainteresowania. Każdy miał innych kolegów, a później inne koleżanki.
Do tej szkoły, chodził już, nasz brat Rysio, ale nigdy nie interesował się nami. Ale on chodził na rano, a
my na popołudnie. Taki był podział, kiedy ktoś miał nie pracującego opiekuna. U nas matka jeszcze nie
pracowała. Zajmowała się domem.
Trzeba zaznaczyć, że rodzina żyła biednie. To były powojenne trudne czasy. Nie przelewało się.
Mieliśmy poniemieckie meble. „Nowe” nabywało się, od wyprowadzających, sąsiadów. Szczególnie, od
tych, którzy emigrowali do Izraela.
Chodziliśmy do tej szkoły do klasy czwartej. Pamiętam pierwsze wycieczki szkolne, jechało się
„ciuchcią” do Zagórza Śląskiego, potem wędrówka na zamek piastowski Grodno, do „szkieletu
księżniczki”. Kupowało się czarnobiałe pocztówki, na pamiątkę. Kanapki, zabierało się z domu,
nie było obiadu w gospodzie. Wieczorem powrót pociągiem do domu.
Klasa była normalna. Była jeszcze religia w szkole. Na ostatniej lekcji. Prawie wszyscy, chodzili, tylko
nieliczni wracali wcześniej do domu. Nikt się nie dziwił, nikt tych uczniów nie napastował.
Dopiero, kiedy powstał portal „nasza klasa”, dowiedzieliśmy się więcej o naszych koleżankach i kolegach
z klasy 1d, ze S.P. Nr 54! Rozjechali się po całym świecie. Nawiązały się kontakty i były spotkania.
Szkoda, że to wszystko powoli minęło.
Z bratem, byliśmy w tej szkole przeciętnymi uczniami. Nie występowaliśmy na akademiach, nie brali nas
do klasowej drużyny piłkarskiej. Przeciętniacy, jak prawie wszyscy.
Do piątej klasy poszliśmy już do nowej szkoły. Naszą 4d, przestała tam być.
Nowa szkoła, to „tysiąclatka” przy ul. Górnickiego 20. Została zbudowana w myśl hasła „tysiąc szkół, na
tysiąc lecie”. Szkół w tym czasie zbudowano więcej, wyż demograficzny, dobijał się do nich. Pamiętam
jeszcze jako uczniowie „starej szkoły”, odwiedziliśmy tą „tysiąclatkę”.
Podobało się nam w tej szkole. Sale rekreacyjne, sala gimnastyczna, gabinety przedmiotowe, stołówka,
boisko do piłki nożnej z bramkami!
1 września 1962 r. rozpoczęliśmy naukę w tej nowej szkole. Byliśmy uczniami klasy 5d.
Już chodziliśmy na rano. Przez radiowęzeł, wybrani uczniowie, czytali „prasówkę”, notatki zaznaczone
przez nauczyciela, pochodziły z wrocławskiej prasy. O 8:00 rozpoczynały się lekcje.
W szkole, był wybijający się gabinet przyrodniczy, prowadzony przez dr Romana Karczmarczuka,
biologa ze Lwowa. Dla tępych uczniów, miał jedno pytanie: Mysz ma ogon? Uczeń, odpowiadał całym
zdaniem: Mysz ma jeden ogon. Siadaj: trzy! Zawsze pisał piórem i zielonym atramentem!
Trzeba pamiętać, że w szkole były cztery okresy! Każdy uczeń, musiał mieć co najmniej trzy oceny!
WF (wychowanie fizyczne) miała z nami znany koszykarz „Gwardii” pan Jerzy Lang, późniejszy
sekretarz generalny tej firmy. Kiedyś spotkaliśmy się gdy byłem na wizytacji „Gwardii”, przypomniałem
mu, byłem jego uczniem! Bardzo się ucieszył!
Kierownikiem szkoły był pan Musiałowski, wykładał nam rysunek. Prac ręcznych, nauczał nas
były więzień „Oświęcimia”. Pokazywał nam wytatuowany numer. Mówił, że skrzypce, uratowały mu
życie.
Byli też inni. Fizyki nauczał p. Aleksandrowicz, biegacz średniodystansowy, zawsze ostrzyżony na
„jeża”, a historii p. Hefner.
Klasa była liczna, bo 34 osoby. Przeważała młodzież robotnicza. Nieopodal szkoły, w początku lat
sześćdziesiątych, wybudowano z „gruzów” nowoczesne osiedle, w którym zamieszkali naukowcy z
wrocławskich uczelni, ich dzieci chodziły do „nowej szkoły”.
Pamiętam lekcje śpiewu; Pan grał na pianinie i śpiewał nam ówczesne przeboje np. Dajana Pola Anki. W
szkole poza programem moża było uczyć się języków obcych: angielskiego i niemieckiego. Trochę to
kosztowało. Kto miał mądrych rodziców, to uczęszczał na te lekcje.
My uczyliśmy się rosyjskiego.
I znów niczym się nie wyróżnialiśmy. Ja byłem reprezentantem szkolnej drużyny w koszykówce,
graliśmy mecze z innymi szkołami, przegrywaliśmy.
Pamiętam jeszcze „zimę stulecia” 1963. Była miesięczna przerwa, zaraz w nowym roku. Brakowało
koksu. Mieliśmy zajęcia (kilka lekcji) w budynku szkoły nr 60, przy ul. Świętokrzyskiej.
Dojeżdżaliśmy, starymi tramwajami, nieogrzewanymi, ul. Sienkiewicza. Bilet kosztował 15 gr.
Kilo chleba 3 zł.
Siódma klasa i koniec szkoły. Po wręczeniu świadectw, była zorganizowana przez Komitet Rodzicielski
zabawa dla czterech klas siódmych. W sumie ponad stu absolwentów. W tym 7d.
W przerwie, wyrwaliśmy się z koleżankami, na przechadzkę po parku im. Stanisława Tołpy.
Po latach poznałem osobiście Pana Profesora.
Był czerwiec. Jeszcze czekały nas egzaminy do szkół średnich. Uczyliśmy się!
Po latach, kiedy moja córka Justyna i mój syn Mariusz, chodzili do „Tysiąclatki”, ja przez osiem lat
byłem aktywnym rodzicem, organizowałem „zielone szkoły”, byłem przewodniczącym Rady Rodziców.
Za rok opowiem Wam o moich dalszych naukach, we wrocławskich szkołach.
StanLew
